Doświadczenie. Wiedza. Umiejętności, a może „szósty zmysł”? Co stanowi podstawę tego, że ktoś zostaje uznany w danym towarzystwie za eksperta w danej dziedzinie? Być może to kombinacja tych czynników, a może coś jeszcze. Niezależnie od wszystkiego, przyjęcie na siebie takiego tytułu to zastawienie na siebie pułapki. Wraz z tym przydomkiem, lub alternatywą w postaci „profesjonalisty”, „mistrza”, zostajemy spętani więzami jednego z najbardziej niebezpiecznych założeń: taki człowiek ma zawsze rację. W przeciwnym razie nie byłby ekspertem, prawda? Bynajmniej. Zastanówmy się dziś nad innymi niebezpieczeństwami, na które wystawiamy się w chwili, gdy określamy się mianem „eksperta.”
Perspektywa osoby w roli „eksperta”
Presja. Tą wywieramy sami na siebie w momencie, w którym uznajemy własną „eksperckość” w danej dziedzinie. Na początku, szczególnie gdy wszystko będzie iść zgodnie z naszą myślą, możemy jej nawet nie zauważyć. Ale z każdą kolejną sytuacją i rozgryzionym casem, będzie narastać. Poznamy ją po własnych oczekiwaniach wobec siebie (w końcu nie ma problemu, którego nie bylibyśmy w stanie rozwiązać). Poznamy ją po oczekiwaniach innych osób wobec nas samych (w końcu jesteśmy „ekspertami”, więc sobie ze wszystkim poradzimy). Czas w tej sytuacji będzie grać na naszą niekorzyść, bo wraz z jego upływem, będzie rosnąć presja – dawania zawsze eksperckich opinii, zachowywania się w ekspercki sposób, myślenia jak ekspert.
Klątwa wiedzy. Gdy już bycie „ekspertem” wejdzie nam tak mocno, przyjdzie też ona. Ta chwila, w której zapomnimy, jak to jest czegoś nie wiedzieć. To zjawisko jest jednym z błędów poznawczych, w które wpadamy jako człowiek. Za nim też stoją te wszystkie sytuacje, w których wydaje nam się, że wszystkie rozwiązania są oczywiste i tego samego możemy oczekiwać od ludzi, z którymi współpracujemy. A jednym z prawideł Wszechświata, o którym ludzkość ciągle zapomina jest to, że:
Nie ma rzeczy oczywistych.
Z klątwą wiedzy wiąże się też ten stan, w którym przestajemy empatyzować z ludźmi nie posiadającymi tych samych informacji, spostrzeżeń, perspektywy, co my. A to prowadzi do tego, że o złożonych rzeczach (takimi wszak zajmują się „eksperci” najczęściej) zaczynamy mówić w złożony sposób, czyt. niezrozumiały dla tych, którzy nie zgłębili danej dziedziny tak dogłębnie jak my. Na co nam tacy „eksperci” (znam kilku takich osobiście)?!
Ograniczenia.Wzięcie na siebie tego tytułu, może zamknąć Cię w jednym-dwóch obszarach. Jednocześnie zbuduje też wysokie mury, broniące przed tym, żeby zajmować się wieloma dziedzinami. Bo przecież, co to za „ekspert”, który zna się na wszystkim? Odpowiedź: Jack of trades, master of none, tj. generalista. Znam też takie osoby. W zależności od tego, do czego Ci bliżej – czy do bycia znawcą tematów, czy JEDNEGO tematu – wybierz to, co dla Ciebie najlepsze.
Ciężar odpowiedzialności. Efekt połączony z presją – może też ją wzmacniać lub nawet powodować. Bo wraz z nadaniem etykiety „eksperta” istnieje ryzyko poczucia (i potrzeby) brania na siebie tematów, którymi nie powinniśmy się zajmować. Może nam to doskwierać szczególnie wtedy, gdy nie będziemy pokładać nadziei w zespole, że sam sobie poradzi ze swoimi problemami lub presja, ale tym razem czasu, narzuci tempo, które mniej doświadczone, wyszkolone lub wyedukowane osoby nie będą w stanie sprostać.
Pielęgnowanie indolencji. Bycie „ekspertem” często wiąże się z tym, że znamy odpowiedzi na zadane (a nawet niezadane) pytania. Ludzie szybko się tego nauczą, szczególnie jeśli potrafimy szybko i trafnie rozwiązywać problemy. Dlatego mogą mieć potrzebę przychodzenia z kolejnymi. My, jako ludzie, którzy znają się na temacie, będziemy mieć pokusę udowodnienia tego, że rzeczywiście tak jest. Niestety to droga donikąd. Co z tego, że punktowo rozwiążemy daną kwestię, wyciągając rozwiązanie z rękawa, ale ludzie dzięki temu nie nauczą się samodzielności, ani brania odpowiedzialności. Ciężar niepowodzenia w tej kwestii będzie na nas – zakładając, że wspieramy organizacje, które chcą być samodzielne. Dzisiaj prawie każda chce, mało która potrafi.
Nauka tylko od ekspertów. Usłyszałem kiedyś historię o człowieku, który stał na czele kilkuset osobowej organizacji i, jakże by inaczej, w swojej dziedzinie mógł uchodzić za „eksperta.” Ta osoba rozumiała, że nawet osiągając tak dużo, nie może się zatrzymywać w swoim rozwoju, więc poszukiwała innych „ekspertów.” Słusznie, z tymże na propozycję spotkania z kimś, kto prowadził kilkukrotnie mniejszą firmę bohater tej historii odrzekł z niesmakiem:
Czego mogę się nauczyć od kogoś, kto prowadzi mniejszą firmę ode mnie!?
Czytaj: jest „mniejszym ekspertem”, więc nie ma nic wartościowego do przekazania. Nic bardziej mylnego. Ktoś taki będzie dużo mniej obciążony tym wszystkim, co napisałem powyżej. Może nie mieć tylu doświadczeń, co my – a na pewno będzie mieć inne. Wszak jak wiele możemy nauczyć się od dzieci w różnych dziedzinach życia. A na pewno nikt, o żadnym 5-6 latku nie powie, że jest w czymś „ekspertem”, co nie?
Perspektywa innych ludzi
Ale to w jaki sposób będą nas odbierać ludzie uważam za dużo bardziej niebezpieczne, niż w przypadku osobistej perspektywy. Zagrożenia, o których zaraz napiszę, będą mieć wpływ na to, w jaki sposób współpracujemy ze sobą, rozwiązujemy problemy, a nawet komunikujemy się.
Co zamiast „eksperta”? Praktyk.
„Najtrwalszymi zasadami wszechświata są przypadek i błąd.” Diuna, Frank Herbert.
