Firma to nie rodzina. To drużyna.

Gdy czujemy, że zawodowo jesteśmy we właściwym miejscu i czasie, to niekiedy wkrada się takie myślenie, że tutaj jest jak w rodzinie. Bywa też, że niektóre firmy same starają się przekonać do tego, że panuje u nich wręcz rodzinna atmosfera, co ma być jedną z propozycji wartości, jaka jest składana nowej osobie lub potencjalnym kandydatom. I gdy ten światopogląd ulega zderzeniu z biznesową rzeczywistością, to lądowanie bywa trudne i bolesne. Szczególnie, gdy przychodzi moment pożeganiania się ze sobą, czy to inicjowany od strony przedsiębiorstwa, czy członka rodziny. Bez znaczenia.

Dlaczego w ogóle zdarza nam się myśleć, że w tej firmie jest jak w rodzinie?

Skąd w ogóle pojawia się w nas to przeświadczenie o tym, że w firmie jest jak w rodzinie? Z mojej perspektywy wynika to z tego, gdy mamy szansę pracować w dobrze zgranym zespole i przy okazji realizować satysfakcjonujące nas rzeczy. I gdy jako jedna, wielka rodzina znosimy trudy codzienności, to rodzą się między nami tak zażyłe relacje, że pozwalamy sobie na zmianę paradygmatu myślenia. Być może też mieliście szansę tego doświadczyć w swojej karierze. Przyznam, że jest to miłe uczucie, które dodaje wiatru w żagle i sprawia, że nie wyobrażamy sobie siebie w jakimkolwiek innym miejscu, niż to w którym obecnie jesteśmy.

I tak oto, w dość pokrętny sposób łączymy nasze wyobrażenie o rodzinie (ludziach) z miejscem wykonywanej pracy. A przecież firma, to tylko firma. Potrafi się zmieniać i weryfikować swój skład biznesowy papierkiem lakmusowym, jakim jest biznes.

A przecież…rodziny (w jej podstawowej definicji) się nie wybiera. A firmę już tak. I to zazwyczaj za tym wyborem idzie najpierw chęć dołączenia do danej organizacji, przejście przez proces rekrutacyjny i nabranie poczucia, że tutaj jest pożądanym przez nas miejscem. W przypadku rodziny zazwyczaj jest zdefioniowana „z góry” i nie mieliśmy zbyt dużego wyboru o dołączeniu do niej.

Bez wątpienia w niektórych firmach może panować atmosfera, w której będziemy czuć się na tyle dobrze, że nasze postrzeganie przedsiębiorstwa, współpracowaników i przełożonych będzie dużo bardziej zażyłe. Niemniej warto mieć z tyłu głowy jedno — biznes liczy pieniądze i ma (lub powinien mieć) zdefiniowane cele, misję i wizję. To są elementy, których żadna rodzina mieć nie będzie. Nie jest jej do niczego potrzebne myślenie o swoich wynikach, konkurencyjnych (rodzinach) organizacjach, zdobywaniu nowych rynku albo planowaniu wzrostu. I przede wszystkim, z rodziny dużo jest trudniej „wyjść” niż opuścić jakąkolwiek firmę.

Na domiar wszystkiego firmy, te świadome i dbające o organizczny i zdywersyfikowny rozwój, dbają o to, żeby do ich szeregów dołączali najlepsi, a w zasadzie najlepiej dopasowani kandydaci. W przypadku rodziny mówimy o zupełnie innej „strategii” wzrostu.

Firma to zgrana drużyna

Zdecydowanie „zdrowiej” jest myśleć o firmie i osobach z naszego zespołu jak o drużynie sportowej, albo superbohaterskiej. Nawet planując projekt „Zniszczenia jedynego Pierścienia”, Gandalf nie myślał o skrzyknięciu swoich braci i sióstr, tylko wybrał starannie wyselekcjonowaną grupę nieznany sobie osób, które połączył jeden cel – ocalenie świata przed złem z Mordoru. Podobnie ma się sprawa w przypadku oddziałów wojskowych, w których znajdują się właściwie przeszkoleni i dobrani ludzi, którzy mają wykonać jedną i konkretną misję. I nierzadko są skuteczni w tym, co robią.

Jednym z największych wyzwań jest sprawić, żeby pracownicy byli zaangażowani i mieli poczucie spajającego ich celu. Każda organizacja powinna dążyć do tego, żeby ludzie ją tworzący czuli się częścią większej całości. Jednak jedno jest pewne – nic nie jest na zawsze, i to samo dotyczy tego jak długo ktoś będzie w danej organizacji. W końcu najlepsi z najlepszych zazwyczaj tylko „bywają” w firmach i gdy ich „misja” dobiegnie końca lub organizacja zmieni się na tyle, że człowiek zdecyduje się na jej opuszczenie i poszukanie nowej. Człowiek też może się rozwinąć na tyle, że stwierdzi, że dana organizacja wymaga zmiany.

Sprawa zaczyna się komplikować, w kontekście myślenia o firmie jak o rodzinie, gdy należy się z kimś rozstać.

Każda drużyna chce mieć najlepszych zawodników

Firmy mają mentalność klubów sportowych. Inwestują w rozwój swoich ludzi, żeby mieć na pokładzie najlepiej dopasowanych do swoich potrzeb (wizji, misji i celów) pracowników. To w żaden sposób nie neguje idei budowania lojalności, koleżeństwa i zażyłych relacji. Być może takich, jak niektórzy odczytują jako „rodzinne.” Są trzy czynniki, których potrzebują ludzie stanowiący firmowe drużyny, a które w ogóle nie pojawiają się w kontekście rodziny:

  1. Oczekują, że każdy będzie „robić swoją robotę.” Od tego zależy dobro zespołu, działu i całej organizacji. Zrealizowane cele są lepsze, niż niezrealizowane.
  2. Oczekuję informacji zwrotnej na temat swoich działań, po to żeby pracować jeszcze efektywniej i być jeszcze lepszymi koleżankami i kolegami z zespołu.
  3. Oczekują realizacji zadań na możliwie najwyższym poziomie. W przeciwnym razie muszą myśleć o wymianie „zawodnika” na kogoś innego.

I każda firma chcę, z założenia, żeby jej ludzie byli zaangażowani i mieli poczucie należenia do organizacji – czegoś co jest większą całością. Jednak wszyscy wiemy, że pracownicy przychodzą i odchodzą. To wszystko sprawia, że zdrowiej jest myśleć o organizacji jako drużynie sportowej, sprofesjonalizowanym bycie, niż rodzinie. Łatwiej wtedy zaakceptować to, że składy osobowe będą się zmieniać.