Journaling (w Notion) – o utylitarnym prowadzeniu cyfrowego dziennika

Mamy nowy rok, więc być może ktoś z was myśli o wprowadzeniu zmian w swoim życiu. Albo oglądacie ten materiał w wyjątkowym dla was momencie i macie pewną potrzebę, która was tu przywiodła. Potrzebę uporządkowania myśli i emocji, szczególnie w tych trudniejszych sytuacjach. A może ktoś Wam powiedział, że dobrym sposobem na życie jako takie jest prowadzenie dziennika. Tzw. JOURNALING. Otóż, tak. JEST. POLECAM.
Zapraszam was do wysłuchania i lub obejrzenia materiału, w którym podzielę się własnym doświadczeniem w prowadzeniu cyfrowego dziennika. Od razu spoiler: ja nie potrafię robić tego długofalowo w papierowej formie. To mnie przerasta, odrzuca i w ogóle nie satysfakcjonuje.

Znam ludzi, którzy lubią w papierowe notatniki/dzienniki. Rozumiem tę sympatię do nawiązywania połączenia na linii mózg-ręka-papier. U mnie jest to nieefektywne. Ja w pierwszej kolejności nie szukam przyjemności w pisaniu. Podchodzę do tego czysto utylitarnie. Prowadzenie dziennika ma mi do czegoś służyć. Journaling wspiera mnie w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami. To moja pierwsza deska ratunku, kiedy w głowie i w sercu kotłuje się zbyt wiele myśli i emocji, co mnie czasami paraliżuje czy destabilizuje. A ja chcę móc tym zarządzić. Do tego jest mi potrzebny ten proces. Do tego używam mojego cyfrowego dziennika.

To, co dla mnie w journalingu jest bezcenne to możliwość odzyskania sterowności i trakcji w sytuacjach, gdy rzeczywistość dociska mnie zbyt mocno. Proces wyrzucania z siebie potoku myśli i emocji, w spontanicznym akcie pisanie jest bezcenna.

Niezależnie od tego jaką formę miałby przyjąć wasz journaling – zdecydowanie polecam tę aktywność. Czy to będzie przelewanie swoich myśli do papierowego notatnika, czy tak jak w moim przypadku – wykorzystanie cyfrowego narzędzia. U mnie to jest NOTION. I dzisiaj wam o tym opowiem.

JOURNALING to po prostu prowadzenie dziennika. Ktoś mógłby pomyśleć, że to hobby/aktywność dla ogarniętych ludzi, którzy mają czas na refleksję, spisywanie gonitwy swoich myśli i opisywanie otaczającej rzeczywistości. Zajęcie dla nielicznych. Nic bardziej mylnego. Sam sięgam po mój dziennik w momentach największej zawieruchy i chaosu. To jest najlepszy sposób do tego, żeby wyjść z oka cyklonu i spojrzeć na przytłaczające sprawy z mniej emocjonalnej perspektywy.Używam tej metody, gdy mój poziom bycia ogarniętym jest najniższy.

W wielu nurtach terapeutycznych pisanie funkcjonuje od dawna — jako metoda porządkowania, wyrzucania, nazywania emocji, obniżania napięcia, refleksji nad sobą samym. Jeśli kogoś nie stać na terapię, a ma poczucie braku sprawczości i zatracenia się, to journaling może stanowić swego rodzaju wsparcie. Nie rozwiąże to bezpośrednio naszych problemów, ale może pomóc utrzymać się na wodzie. Albo złapać tlen, którego nam brakuje, gdy wszystko zaczyna przytłaczać. Myślę, że wiecie o co mi może chodzić.

W journalingu nie chodzi o artystyczne i piękne pisanie. Gramatyka, stylistka i składnia nie mają większego znaczenia. Podobnie jak to na ile potrafimy posługiwać się językiem. W tym działaniu chodzi o oczyszczenie umysłu z nagromadzonych myśli, albo uregulowanie buzujących w nas emocji. Wszystko to sprowadza się do aktu, który sam określam jako dump bazy, czyli wyrzucenie z siebie strumienia myśli kotłujących się między uszami. Chodzi o akt sprawczy, który dzieje się, gdy przelewamy wszystko to, co się w nas dzieje, na papier.

Skumajcie to, że journaling jest jednym z najprostszych sposobów, żeby oczyścić umysł, z tego co go zagraca. Bez wymówek, że nie ma się czasu, miejsca czy narzędzi.

Tak jak wspomniałem, co człowiek to inne podejście do prowadzenia własnego dziennika. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niezależnie od wybranej formy – nikt nas nie będzie oceniać i rozliczać. Dziennik to intymna sfera, do której tylko jego właściciel lub właścicielka ma dostęp. Zatem spotkamy ludzi, którzy uwielbiają odręczne pisanie w dedykowanym dzienniku. Będą też tacy, którzy czynią z tego rytuał. Całkiem popularne jest też prowadzenie dziennika wdzięczności, w którym jego autor wyraża ową wdzięczność za konkretne elementy w swoim życiu. I są tacy jak ja, którzy podchodzą do tego utylitarnie: kiedy jest problem, robię „dump bazy”, zrzut myśli, zrzut emocji, a potem próbuję odzyskać kontrolę. Dodatkowo 99% moich wpisów powstaje w formie cyfrowej.

Ten 1% zachowuję dla nielicznych momentów, gdy czasami sięgam po mój papierowy dziennik. Mam go tutaj. Po co mi on? Otóż, czasami chcę sobie popisać ręcznie. Trochę dla wspomnianej wcześniej przyjemności nawiązania połączenia między mózgiem, ręką a papierem. Trochę mam też go po to, żeby sobie przypomnieć… jak bardzo tego nie lubię. Odręcznego pisania. Nie ma jednego WŁAŚCIWEGO sposobu na journaling. Jest taki JOURNALING który jest dla danego człowieka. I tyle.

Prowadzenie dziennika pozwala przepuścić, to co kłębi się i kotłuje w głowie na papier. Urzeczywistnić i ponazywać te rzeczy – myśli i emocje. Wszystko po to, żeby potem tym móc zarządzić. Gdy wyjmujemy myśli i emocje z naszych umysłów, to możemy je ponazywać i zidentyfikować. Odpowiedzieć sobie na pytanie, co to z nami robi. Jeśli sprawia nam to przyjemność to możemy jej jeszcze lepiej doświadczyć. Jeśli przysparzają nam przykrość to w procesie journaling konfrontujemy się z nimi, zaczynamy je nazywać, zarządzać – coś robić. Zyskujemy poczucie sprawstwa i wpływu. Od tego dobrze jest zacząć radzenie sobie z kryzysami.

Korzyści z prowadzenia dziennika

Jedną z największych korzyści płynących z tego procesu jest rzucenie sobie koła ratunkowego, gdy zaczynamy tonąć w czarnowidztwie lub pod naporem trudnej sytuacji. Gdy sam jestem w złym dla mnie życiowo miejscu, to wytrenowałem się w następującym myśleniu: muszę to, co się dzieje ze mną i dookoła mnie, opisać w dzienniku.

Zazwyczaj, gdy to zrobię, jest mi trochę lepiej. Cokolwiek by się nie działo – tak jak wspomniałem – ponazywałem to, skonfrontowałem się i teraz mogę z tym działać. Sięgnięcie po journaling to dla mnie odkręcenie zaworu bezpieczeństwa. Za jego pomocą zaczynam wentylować – spuszczam z siebie emocje, które wpływają negatywnie na mój nastrój. Ta konfrontacja z rzeczywistością, na papierze – cyfrowo czy analogowo, nie zawsze jest łatwa. Proces dodawania wpisu do dziennika, w którym mierzymy się z problemami dnia codziennego, czyni trudną sytuację zagadnieniem bardziej technicznym. Sterowalnym. To co się wydarza w tym procesie to:

  • nazwanie problemu i opisanie go,
  • oddzielenie faktów od interpretacji,
  • ustalenie, gdzie mam wpływ, a gdzie nie,
  • praca z własnymi emocjami poprzez próbę opisania tego, jak czuję się w danej sytuacji.

Dla mnie to jest o tyle zbawienne, że w początkowych fazach kryzysów nie zawsze potrafię porozmawiać z moimi bliskimi o tym, co mnie gniecie. Dziennik jest pierwszym filtrem, przez który przechodzę. Niekiedy jest to bardziej wymagające, gdy warto być wobec siebie samego szczerym i nie wciskać sobie kitu czy innej racjonalizacji sytuacji, tylko po to, żeby przymknąć na coś oczy i udawać, że dana sytuacja nie ma aż tak dużego wpływu i może rozejdzie się po kościach. Drugą trudnością może być też to, na ile lubicie sami ze sobą rozmawiać. Wydaje mi się, że do tego potrzebujecie lubić… siebie samych. Ale zostawiam ten wątek, bo to tylko moje luźne dywagacje.

Wspomniałem wcześniej, że journaling pomaga w złapaniu innej, bardziej zdystansowanej perspektywy. Świetnie to działa w połączeniu z czymś takim jak reinterpretacja poznawcza. To właśnie ona pozawala nam spojrzeć na sprawy z daleka lub z wysoka. Wystarczy, że w obliczu trudnej dla nas sytuacji zadamy sobie pytania:

  • Jakie będzie to miało znaczenie jutro?
  • Jakie to będzie miało znaczenie za 3 miesiące?
  • Jakie to będzie mieć znaczenie za rok?
  • Jak będę o tym myśleć za 10 lat?

Odpowiadając na takie pytania zdajemy sobie sprawę z tego, że właśnie wychodzimy z oka cyklonu, w którym się znaleźliśmy. Może to skutecznie zmniejszyć ciśnienie i presję, którą odczuwamy w obliczu dzisiejszych problemów, które nas przygniatają. Często moja odpowiedź brzmi: „Za rok będę to pamiętać jak anegdotę” i już sam ten fakt zmniejsza u mnie skalę napięcia i targających mną emocji. Reinterpretacja daje szansę to, żeby zdjąć z siebie chociaż odrobinę presji. Polecam spróbować.

Dużo mówiłem o journalingu w kontekście radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. A co, jeśli wam powiem, że jest to też świetne narzędzie do radzenia sobie z wewnętrznym krytykiem. Tym głosem, który czasami, częściej lub rzadziej, powtarza wam:

Nie nadajesz się, nie potrafisz, weź odpuść, bo się ośmieszysz, nie znasz się na tym.

Prowadzenie dziennika przydaje się w uskutecznianiu dialogu z tym głosem, który sami sobie wpajamy do głowy, a który potrafi brutalnie podciąć skrzydła. Dlatego pisanie dziennika służy też temu, żeby pamiętać o własnych sukcesach oraz tych wszystkich sytuacjach, które na początku wydawały się lub były trudne, a potem radziliśmy sobie z nimi.

Mój dziennik to archiwum trudnych sytuacji, oraz wpisów, z których wynika, że sobie z nimi poradziłem. Zapisuję tam też największe sukcesy, które w ten sposób też celebruję, przeżywając je na nowo podczas procesu ich opisywania. Potrafi to być bardzo przyjemnym uczuciem. Przydaje się też, gdy w chwilach zwątpienia we własne możliwości otwieram sobie mój dziennik i czytam: zrobiłem to, zrealizowałem tamto, poradziłem sobie z tym i owym. Nieźle, Maćku! Użytkowo rzecz biorąc: mam w dzienniku specjalne oznaczenie wpisów(sukcesy w pracy), w których dziele się moimi osiągnięciami w życiu zawodowym. Polega to na tym, że co jakiś czas albo w momencie realizacji jakiegoś ważnego zadania, opisuję krótko co to było, jak to zrobiłem, jakie były okoliczności. Po to, żeby wrócić myślami do tego przedsięwzięcia, gdy wewnętrzny krytyk będzie się dopominać uwagi, albo sam wpadnę w opary myśli: co ja tak naprawdę robię w tej firmie?!

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, ci jest z nami nie tak, z ludźmi, że tak łatwo zapominamy o własnych sukcesach, a długo potrafimy rozpamiętywać porażki? Ja też tak miewam. Rzadziej, bo journaling skutecznie pomaga mi w trzymaniu się właściwego myślenia. Znów: polecam.

Ostatnia z korzyści, co do której nie mam pełnego przekonania, ale … u mnie działa. Uwaga: prowadzenie dziennika to doskonałe ćwiczenie umiejętności wyznaczania granic sobie na martwienie się daną sytuacją. Pozwala stworzyć przestrzeń do tego, żeby powiedzieć sobie: dziś martwię się tym tematem, więc opiszę to w dzienniku. Jutro zacznę coś z tym robić. W takim wpisie zaczynam rozpracowywać też pierwsze kroki i początkowy plan. Rozmawiam (sam ze sobą) o zasobach jakie posiadam lub zastanawiam się: kto może mi pomóc.

Może to brzmi banalnie. U mnie świetnie się sprawdza, szczególnie w najbardziej przytłaczających problemach. Sam dziennik postrzegam wtedy jak naczynie, do którego mogę wylać wszystko to, co mnie boli w środku. Bywa, że wydaje mi się, że jest tego ogrom. Po czym siadam, piszę i zamykam temat w kilku zdaniach, które w głowie urastały do wielkiej epopei. Mniejszymi problemami łatwiej jest zarządzać, ale to co nam może w tym przeszkadzać, to brak określenia skali z czym się mierzymy. Dziennik może dać pewien punkt odniesienia. Albo może być pierwszym krokiem do poradzenia sobie z problemem, który wydaje się gargantuiczny, a w praktyce jest czymś czym da się zarządzić.

Mój cyfrowy dziennik – Notion

Dla mnie prowadzenie dziennika ma totalnie ultylitarny, użytkowy i praktyczny wymiar. Nie szukam w tym przyjemności. Szukam w tym rozwiązania problemów lub przygotowania się na te trudności, o których dziś jeszcze nie wiem, że nadejdą.

Przez całe życie próbowałem różnych sposobów na pisanie własnego dziennika. Zawsze ciągnęło mnie do prowadzenia wewnętrznych dyskusji z sobą samym – mam do tego predyspozycje. Miałem wiele podejść do notatników analogowych, kilka zapisałem na przestrzeni swojego dotychczasowego życia. Gdzie je mam dzisiaj? Na śmietniku historii. Dosłownie. Tak jak wspomniałem, co człowiek to inne podejście. Do tej pory korzystałem też z wielu rozwiązań cyfrowych. Nawet kiedyś prawie kupiłem (tak, kupiłem) aplikację, która jest dedykowana journalingowi. A od ponad 5 lat korzystam z Notion, który można określić że jest cyfrowym notatnikiem. Służy tez jako baza wiedzy, którą można względnie wygodnie zarządzać, tylko potrzebujecie nauczyć się w podstawowym wymiarze tego narzędzia. Pierwsze zetknięcie z Notion może być przytłaczające. Na szczęście YT jest pełen przydatnych poradników, z których można szybko załapać o co w tym chodzi.

Pierwszy wpis w Notion wprowadziłem 17 września 2020 roku. Nie czekałem na idealny moment w moim życiu, żeby zacząć prowadzić dziennik. Wręcz przeciwnie, potrzebowałem wtedy poukładać sobie sprawy zawodowe i podjąłem kolejną próbę, tym razem wybierając rozwiązanie cyfrowe, niż analogowe. Pierwszy wpis był o tym, co mi podcinało wtedy skrzydła w pracy z ludźmi. Napisałem tam też wtedy, od czego mogę zacząć żeby zmienić tę sytuację. I wiecie co? Zmieniłem.

Od tamtej pory wprowadziłem do mojego dziennika 120 wpisów. Matematyka jest prosta i bezbłędna – ja nie piszę codziennie. Mam okresy, kiedy potrafię jednego dnia stworzyć dwa wpisy. A bywa tak, że przez miesiąc nic nie napiszę. Sięgam po dziennik, gdy go potrzebuję. On jest dla mnie. Nie ja dla niego. Nie umiem codziennie rano pisać za co jestem wdzięczny. Nie chce mi się narzucać rutyny ani rytuału na ten proces. Może kiedyś zmienię zdanie, ale dzisiaj jest jak jest. Jak macie inaczej, to napiszcie do mnie co wam się sprawdza.

Wracając do samego journalingu w Notion – ja traktuję to narzędzie jak drugi mózg. Kiedyś przeczytałem książkę Tiago Forte, o podobnym tytule, w której autor opowiadał o różnych konceptach gromadzenia i zarządzania wiedzą i swoim know how za pomocą rozwiązań cyfrowych. Ja trzymam w Notion nie tylko mój dziennik. Mam tam też materiały zgromadzone na studiach i kursach. Oferty i raporty dla klientów. Journaling w Notion jest tylko jednym z elementów, którymi zarządzam przy pomocy tego narzędzia.

Notion posiada specyfikę gromadzenia danych w bazach. To pozwala nadawać moim wpisom w dzienniku różne atrybuty i właściwości, które z kolei umożliwiają zarządzanie samymi wpisami. Co to znaczy? Od roku rejestruję w Notion swoje samopoczucie. To jest dla mnie bardzo użyteczne, bo pokazuje mi, że pomimo trudności i problemów dnia codziennego, zachowuję pogodę ducha. Do każdego wpisu w dzienniku wybieram status określający mój nastrój. To jest ważne, bo kiedy jesteście zmęczeniu albo w gorszym okresie, macie tendencję do myślenia: „Zawsze tak było”. A dane, które sam gromadzę, mówią mi: „Nie. To jest chwilowe. Wystarczy, że to przetrwasz. Spiszesz. Rozpracujesz.”

Mam też inne atrybuty, które mogę przypisać do wpisów w dzienniku. Np. OSIĄGNIĘCIA czy PODSUMOWANIA (kwartału czy roku). Ale są też CODZIENNE WPISY. Są przydatne szczególnie, gdy czasami sobie przeglądam dziennik i np. chcę przypomnieć sobie istotne dla mnie wydarzenia z mijającego roku, czy innego okresu. Notion pozwala filtrować daty wpisów. Wymaga to trochę pracy i zrozumienia samego narzędzia, więc warto żebym podkreślił jedną ważną rzecz. Dzisiaj ten dziennik wygląda tak, jak go pokazuję na ekranie. Ale na początku on był po prost listą, w której był numer wpisu, tytuł i data. I tyle. Z czasem sobie to rozbudowałem i wielokrotnie zmieniałem. Zachowałem tylko jedną zasadę: po prostu dodaj wpis w tym konkretnym miejscu. I pisz.

Lubię wracać do niektórych wpisów, które wprowadziłem do dziennika. Dlatego używam opcji REMIND ME w Notion. Tych przypomnień używam też do podsumowań rocznych, żeby to narzędzie pamiętało za mnie o zweryfikowaniu postępów i realizacji celów, które sam sobie ustawiam. W Notion to jest bajecznie proste. Wystarczy w dowolnym miejscu (w danym wpisie w dzienniku) użyć opcji @remind me i samo narzędzie już podpowiada, jak dalej postępować, tj. wpisać datę, godzinę. I tyle. Albo aż tyle. Za pomocą tej opcji weryfikuję też przydatność reinterpretacji poznawczej. Wyobraźmy sobie, że dziś mierzę się z czymś dla mnie okropnym i jednocześnie biorę udział w tym eksperymencie myślowym, gdzie zadaję sobie pytanie: jakie to będzie mieć dla mnie znaczenie za 3 miesiące? Odpowiadam na to sobie z perspektywy dnia dzisiejszego i ustawiam powiadomienie, żeby zajrzeć do tego konkretnego wpisu, a nawet Notion podlinkuje mi konkretne miejsce, za 3 miesiące. Mija ten czas i mogę znów zobaczyć, jak będę patrzeć na tę sytuację z przeszłości, czy będzie tak samo okropna, czy może już dużo bardziej łaskawie spojrzę na to zagadnienie.

Tak jak wspomniałem – journaling, to dla mnie pierwsza deska ratunku w kryzysowych sytuacjach. W odcinku o wsparciu psychoterapeuty dla menedżera w trudnej rozmowie z pracownikiem, pierwszą rzeczą jaką zrobiłem dla siebie to było rozpisanie całej sytuacji z mojej perspektywy w moim dzienniku. Trzy dni wracałem do tego wpisu. Każdego dnia pisałem od nowa jak patrzę na tę sytuację. Zajęło to prawie 3000 słów. Mogłem spojrzeć na sytuację, przez pryzmat tego co zapisałem do dziennika, co było już przefiltrowaną emocją i myślami. I to co było dla mnie bardzo ciekawe, ale dostrzegłem to kilka miesięcy po wszystkim – w pierwszym wpisie byłem bardzo surowy względem samego siebie, a w ostatnim dużo łagodniejszy. W ten sposób łatwiej mi było przepracować całą sytuację i pójść naprzód.

Notion pozwala też zarządzać wpisami pod kątem różnego rodzaju podsumowań. U mnie najcześciej są to coroczne przemyślenia na temat mijających 365 dni, ewentualnie czasami podsumowuję sobie dany kwartał. Oznaczam to w dzienniku poprzez odpowiednie “property” / atrybut. Z kolei dzięki wbudowanej do Notion opcji tworzenia różnych widoków tych samych baz danych, bo Notion jest narzędziem bazodanowym – brzmi poważnie, ale jest to do zrozumienia – mogę w łatwy i szybki sposób tworzyć różne, dedykowane konkretnym potrzebom widoki.

Dzięki temu mam podstawowy widok wszystkich wpisów od najnowszego, do najstarszego razem ze wszystkimi atrybutami (nastrój + data). Kolejny z widoków pokazuje wpisy tylko i wyłącznie tego roku. Mam swój mood board, na którym sprawdzam jaki był przeważający nastrój podczas pisania dziennika. I śledzę też na wykresie kategorie wpisów, czy to są po prostu codzienne, ile wpisałem osiągnieć, o moich celach czy samych podsumowań.

Wychodzę z założenia, że z dziennikiem warto pracować nie tylko na zasadzie dodawania nowych wpisów, ale też wracania do pozostałych i analizowania natury tego, co dodajemy do swojego prywatnego pamiętnika. Taki moment refleksji nad tym pozwala sobie przypomnieć, że być może mamy więcej wpływu na decyzje o własnym życiu, niż nam się może wydawać na codzień. Przydaje się też to do planowania tego, co chce się osiągnąć lub zaplanować w nadchodzącym czasie.

Jak przeglądałem YouTube pod kątem doświadczeń innych osób z journalingiem to znamienita większość prowadzących dziennik robi to w formie papierowej. Absolutnie rozumiem korzyści płynące z połączenia pomiędzy ręką-mózgiem-i-papierem. Ale to nie dla mnie. W moim przypadku chodzi o utylitarną potrzebę – zrzucenia z siebie wszystkich myśli… szybko. Tj. jeśli potrzebuję pokontemplować ten proces, to po prostu piszę albo wolniej, albo bardziej jakościowo. Zwracam uwagę nie tylko, jakie emocje i myśli spontanicznie przelewam na ekran, ale też w jakiej formie i poprawności.

Obecnie posiadam jeden papierowy notatnik. Czasami sobie w nim coś zapiszę. Nawet próbowałem za jego pomocą prowadzić bullet journal, czyli hybrydę pisania pamiętnika i systemu produktywności. Ale męczyło mnie “utrzymywanie” systemu, zamiast robienia rzeczy. Zdarza się, że mam potrzebę poczuć ten papier i doświadczenie za nim idące. Ale rzadko. Dziennik papierowy kupiłem sobie w wakacje i do tej pory zapisałem może z 5 kartek ze 100.

Za rozwiązaniem cyfrowym przemawia do mnie jeszcze jedna rzecz:
Kiedyś poszedłem na spotkanie i chciałem się podzielić cytatem, który miałem zapisany w dzienniku. I oczywiście nie miałem go przy sobie.

Notion rozwiązuje mi ten problem. Mam dostęp zawsze. Z każdego urządzenia.

Do tego dochodzi wyszukiwarka, atrybuty, powiązania między wpisami, możliwość budowania z tego systemu naczyń połączonych. Dla mnie to ogromna korzyść, bo mogę z mojego dziennika uczynić zbiór historii łączących się w jedną całość. To narzędzie daje mi tę przewagę, ale

Nie każdy tego potrzebuje. Najważniejsza funkcja dziennika to uwolnić strumień świadomości, zrobić dump bazy, wypisać się z tego, co się w nas kotłuje i dogniata mentalnie do podłogi. Reszta to dodatki, ale biorąc je wszystkie (jako całość) pod uwagę, dla mnie stanowią one kwintesencje mojego journalingu.

Jeśli zdecydujesz się spróbować prowadzić dziennik, znalezienie własnej drogi warto uczynić priorytetem. Ja wiem jaki jest mój: ma być użytecznie i łatwo dla mnie. Jestem leniwy, więc dążę do tego, żeby mieć jak najmniej tarcia w tym procesie. Dlatego też wybieram Notion (cyfrową formę journalingu), bo dzięki temu: mam wszędzie dostęp do mojego dziennika, a gdy Notion wprowadziło opcję używania go w trybie offline, to już w ogóle. Posiada wbudowaną świetnie działającą wyszukiwarkę, a jak już powiedziałem – wracanie do poprzednich wpisów to coś dla mnie istotnego, dlatego chcę je łatwo wyszukiwać. Mogę dowolnie spersonalizować mój sposób zarządzania tym, co do tego dziennika wprowadzę. Do tego w Notion jest formatowanie tekstu typu Markdown, czyli w prosty sposób da się robić nagłówki, wyboldowanie tekstu, podpunkty czy cytaty. Ja dużo piszę, nie tylko w dzienniku, wiec to są dla mnie ważne elementy całego procesu. Może ty potrzebujesz czegoś innego.

Jeśli nie posiadasz doświadczenia z journalingiem, a chcesz zacząć, to najlepsze co możesz dla siebie zrobić to zacząć. JUST DO IT, jak w reklamie. To jedyna droga, a potem będziesz sobie dostosowywać proces i narzędzia do siebie. Myślę, że każdy, kto journalinguje zaczynał od najprostszych rozwiązań. Kartka papieru, zeszyt leżący pod ręką, specjalnie zakupiony do tego notatnik, żeby poczuć od samego początku jakąś większą przyjemność. A może wybierzesz rozwiązanie pokroju Google Docs, czy zwyczajny Word. To bez znaczenia, bo dopóki nie zaczniesz doświadczać, nie będziesz znać odpowiedzi na pytanie: Jaki jest Twój journaling?

Ja dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez mojego cyfrowego dziennika. Sięgam po niego, gdy potrzebuję się pozbierać w sobie Jest to też bardzo relaksujące, gdy po ciężkim i burzliwym dniu mogę usiąść przed ekranem i wylać z siebie potop myśli i uczuć w postaci własnych słów i opisów sytuacji.

Dołącz do dyskusji